Właściciel a marketing – czemu nie rób tego sam

Jest wpół do jedenastej wieczorem. Dzieci śpią, skrzynka w końcu ucichła, a Ty siedzisz z telefonem i próbujesz wymyślić, co opublikować jutro na firmowym profilu. Robisz to między rozmową z dostawcą, fakturą do podpisu i gaszeniem pożaru u klienta. Marketing firmy zrobiłeś dziś tak, jak robisz go zwykle – na końcu, na zmęczeniu, byle był. I tak od kilku lat.

Jeśli to Twój wieczór, to ten artykuł nie jest o tym, że robisz marketing źle. Jest o tym, że właściciel a marketing to jedno z najdroższych połączeń w firmie – nie dlatego, że nie umiesz, tylko dlatego, że robisz najbardziej powtarzalną pracę najdroższą głową w firmie, dorywczo i bez ciągłości. Pokażę Ci, dlaczego to kosztuje więcej, niż widać w kosztach, i jak ułożyć to inaczej: oddać wykonanie, zostawić sobie kierunek i decyzje, a efekt zacząć mierzyć zamiast wyczuwać.

Spis treści

Twój czas jest najdroższy w firmie – a marketing go zjada

Pierwsza rzecz, której właściciel zwykle nie liczy, to wartość własnej godziny. A jest ona najwyższa w całej firmie – bo tylko Ty domykasz duże transakcje, negocjujesz z kluczowym kontrahentem, podejmujesz decyzje, których nikt inny nie podejmie. Każda godzina, którą poświęcasz na rzecz, którą mógłby zrobić ktoś za ułamek tej stawki, to godzina zabrana z tych zadań, które naprawdę robisz tylko Ty.

Policzmy to poglądowo (wartości przykładowe, uśrednione rynkowo, na potrzeby zobrazowania – podstaw swoje liczby). Załóżmy, że na marketing – posty, grafiki, „ogarnięcie reklamy”, odpisywanie na wiadomości – schodzi Ci osiem godzin tygodniowo, czyli około trzydziestu miesięcznie. Jeśli Twoja godzina dla firmy jest warta kilkaset złotych, to kilkanaście tysięcy złotych Twojego czasu miesięcznie idzie w pracę, którą wykonawca zrobiłby szybciej, lepiej i taniej. Tego kosztu nie widzisz na żadnej fakturze – dlatego tak łatwo go przeoczyć.

Najdroższa godzina w firmie nie powinna iść na najbardziej powtarzalną pracę. A marketing robiony samemu to dokładnie to: najdroższa głowa przy najbardziej delegowalnym zadaniu.

To nie argument „jesteś za ważny na marketing”, tylko matematyka. Ten sam czas włożony w rozmowy z klientami czy rozwój usługi daje firmie wielokrotnie więcej niż wieczór nad grafiką, którą i tak zobaczy garstka osób.

Marketing robiony dorywczo zawsze jest niekonsekwentny

Marketing nie działa od jednego zrywu – działa od powtarzalności. Tymczasem marketing właściciela jest z definicji dorywczy: robisz go, kiedy znajdziesz okno między ważniejszymi sprawami, czyli rzadko i nieregularnie. W spokojnym tygodniu publikujesz codziennie, a potem przychodzi gorętszy okres i przez trzy tygodnie cisza. Algorytm to widzi, klient to widzi, a efekt znika dokładnie wtedy, gdy najbardziej by się przydał.

Najgorsze, że dzieje się to w najgorszym momencie. Gdy w firmie dużo się dzieje, marketing pierwszy ląduje na dnie listy zadań – a to przecież chwila, gdy najbardziej potrzebujesz nowych zapytań na kolejny miesiąc. Powstaje sinusoida: raz gęsto, raz pusto, bez kontroli nad rytmem.

Do tego marketing dorywczy nie ma pamięci. Nie ma kto sprawdzić, co zadziałało miesiąc temu i to powtórzyć – robisz wszystko w biegu i nie wracasz do tego. Każdy post powstaje od zera, każda reklama jest improwizacją. A bez ciągłości nie ma uczenia się: ani Twojego, ani algorytmu, który dopiero przy stałym dopływie sygnałów zaczyna dowozić właściwych odbiorców.

Brak specjalizacji kosztuje więcej niż pensja specjalisty

Marketing dawno przestał być jedną umiejętnością. To dziś kilkanaście osobnych dziedzin – tekst, grafika, wideo, ustawianie reklam, analityka, pozycjonowanie, automatyzacje – i w każdej obowiązują inne zasady, które zmieniają się co kilka miesięcy. Nikt, kto prowadzi firmę na pełen etat, nie nadąży za tym wszystkim. I nie powinien.

Co się dzieje, gdy robi to właściciel-amator? Reklama chodzi na złych ustawieniach i przepala budżet, którego nikt nie pilnuje. Posty są poprawne, ale bez pomysłu, który by zatrzymał. Pieniądze idą na kampanię bez pomiaru, więc nie wiadomo, czy cokolwiek z niej wyszło. To nie lenistwo – po prostu nie da się być dobrym w czymś, czemu poświęcasz dwie zmęczone godziny tygodniowo.

I tu jest sedno, które łatwo przeoczyć: brak specjalizacji ma swój koszt, tylko ukryty. Nie widać go jako wydatku, widać jako przepalony budżet, utracone zapytania i miesiące zmarnowane na ślepe próby. Często ten ukryty koszt jest wyższy niż to, co zapłaciłbyś komuś, kto robi to na co dzień. Pisaliśmy o tym szerzej w kontekście marketingu internetowego dla małych firm – to, że coś robisz sam, nie znaczy, że jest za darmo.

Stajesz się wąskim gardłem własnej firmy

Gdy marketing zależy od Ciebie, każda decyzja musi przejść przez Ciebie. Post czeka, aż znajdziesz chwilę. Odpowiedź na zapytanie czeka, aż zerkniesz w telefon. Reklamę można poprawić dopiero, gdy usiądziesz wieczorem. Firma porusza się w tempie najbardziej zajętej osoby w środku – czyli właściciela.

Zgłasza się do nas właściciel z taką sytuacją częściej, niż myślisz. Brzmi to zwykle podobnie: „wszystko muszę robić sam, bo inaczej nie powstaje”. I to jest prawda – tyle że to nie zaleta, to objaw. Firma, w której marketing nie ruszy bez właściciela, nie ma procesu marketingowego. Ma właściciela, który jest procesem. A żywego człowieka nie da się zeskalować.

Jeśli marketing w Twojej firmie staje, kiedy Ty stajesz, to nie masz marketingu. Masz kolejny obowiązek, który nosisz na własnych barkach.

Wąskie gardło ma jeszcze jeden, cichy skutek: blokuje resztę firmy. Pracownik, który mógłby coś dowieźć, czeka na Twoją akceptację. Reklama, którą można by zwiększyć, czeka na Twoją decyzję. Wszystko zwalnia do Twojego tempa – a Twoje tempo i tak jest już maksymalne.

Firma nie urośnie powyżej Twojej doby

To najtwardsza granica ze wszystkich. Jeśli marketing – a często i sprzedaż za nim – opiera się na Twoim czasie, to firma może urosnąć dokładnie tyle, ile zmieści się w Twojej dobie. Ani metra dalej. Możesz pracować ciężej, dłużej, w weekendy, ale doba ma dwadzieścia cztery godziny i tej liczby nie przeskoczysz.

Dlatego tyle firm zatrzymuje się na tym samym poziomie i nie umie ruszyć dalej, mimo że usługa jest dobra, a klienci zadowoleni. Sufit nie bierze się z jakości – bierze się z tego, że wzrost został przywiązany do jednej osoby. Dopóki to Ty jesteś silnikiem pozyskiwania klientów, firma rośnie tylko tak szybko, jak szybko Ty zdążysz, i kurczy się w każdym tygodniu, w którym masz mniej czasu.

Wyjście jest jedno: odkleić wzrost od własnej doby. Marketing musi działać też wtedy, gdy jedziesz na urlop, leżysz chory albo siedzisz na rozmowie z dużym klientem. Tak działa firma, która rośnie niezależnie od właściciela – i tylko taka da się sprzedać, przekazać albo prowadzić bez wykańczania się. Podobny sufit zależności od jednej osoby opisujemy przy okazji tego, jak firma rośnie tylko z poleceń.

Co właściciel powinien zatrzymać, a co oddać

Oddać marketing nie znaczy stracić nad nim kontrolę. Znaczy oddzielić to, co tylko Ty wiesz, od tego, co ktoś inny zrobi lepiej. Ta granica jest prostsza, niż się wydaje.

To zostaje przy Tobie – i nikt Cię w tym nie zastąpi

  • Kierunek – dokąd zmierza firma, do kogo chcesz mówić, którzy klienci są dla Ciebie najcenniejsi. To Twoja wiedza o biznesie, nie do oddania.
  • Decyzje – jaki budżet przeznaczasz, na które rynki wchodzisz, co jest dla marki dopuszczalne, a co nie. Akceptujesz strategię, nie wykonujesz ją własnymi rękami.
  • Wiedza o kliencie – dlaczego ludzie naprawdę u Ciebie kupują, jakie mają obiekcje, co działało w rozmowach. Tego nie wyczyta żaden specjalista bez Ciebie.

To powinno odejść od Ciebie jak najszybciej

  • Wykonanie – pisanie postów, robienie grafik, montaż wideo, klikanie w panelu reklam. Najbardziej powtarzalna, najbardziej delegowalna część.
  • Bieżące prowadzenie – publikowanie zgodnie z planem, optymalizacja kampanii, odpowiadanie w pierwszej linii, pilnowanie ciągłości.
  • Nadążanie za zmianami – śledzenie, co zmieniło się w reklamach, algorytmach, narzędziach. To pełnoetatowa robota, nie zajęcie na wieczór.

Zwróć uwagę: zatrzymujesz to, co wymaga Ciebie i daje najwięcej dźwigni – kilka godzin miesięcznie na kierunek i decyzje. Oddajesz to, co zjadało Twoje wieczory. Nie tracisz kontroli – po raz pierwszy ją zyskujesz, bo decydujesz, zamiast tonąć w wykonaniu.

Jak oddać marketing, nie tracąc nad nim kontroli

Najczęstsza obawa brzmi: „oddam i nikt nie zrobi tego z taką dbałością jak ja”. To zrozumiałe, ale myli dwie rzeczy – przywiązanie do firmy z umiejętnością jej promowania. Pierwszego nikt nie odbierze, drugiego można nauczyć kogoś znacznie lepszego od Ciebie w tej akurat dziedzinie. W praktyce masz trzy drogi.

Pracownik na etacie

Sensowny, gdy firma jest na tyle duża, że marketing to pełnoetatowa praca, i gdy stać Cię na pensję plus narzędzia. Minus: jedna osoba rzadko jest dobra we wszystkim – tekst, grafika, reklama i analityka w jednej głowie to rzadkość. Łatwo też powtórzyć stary błąd w nowej formie: znów wszystko zależy od jednego człowieka, tyle że to nie Ty.

Agencja lub zespół zewnętrzny

Tu dostajesz różne kompetencje naraz – od stratega, przez osobę od reklam, po analityka – bez budowania działu od zera i bez ryzyka, że choroba jednej osoby zatrzyma wszystko. Płacisz za efekt i ciągłość, a nie za etat i urlopy. Jak wybrać taki zespół rozsądnie, rozpisaliśmy w artykule jak wybrać agencję marketingową, a dylemat etat kontra zespół zewnętrzny rozkładamy na czynniki w tekście marketingowiec, agencja czy dyrektor marketingu.

Model mieszany

Często najzdrowszy: ktoś u Ciebie pilnuje bieżączki i kontaktu z klientem, a strategię, reklamy i analitykę bierze zespół zewnętrzny. Ty zostajesz przy decyzjach i kierunku. Niezależnie od drogi zasada jest ta sama – oddajesz wykonanie, trzymasz ster.

Nie chodzi o to, by znaleźć kogoś, komu wrzucisz problem i zapomnisz. Chodzi o układ, w którym masz jasny obraz tego, co się dzieje i co z tego wynika, a decyzje dalej należą do Ciebie. Kontrola nie polega na klikaniu w panelu – polega na tym, że wiesz, ile firma wydaje, co z tego ma i co poprawić.

Mierz efekt, zamiast robić wszystko

Tu następuje największa zmiana roli. Właściciel, który robi marketing, pyta „co dziś opublikować”. Właściciel, który nim zarządza, pyta „ile zapytań przyszło z marketingu w tym miesiącu i ile mnie kosztowało jedno”. Pierwsze pytanie to praca wykonawcy. Drugie to praca szefa – i tylko ono pozwala podejmować decyzje na liczbach, a nie na przeczuciu.

Gdy patrzysz na efekt zamiast na działania, marketing przestaje być workiem bez dna, do którego wrzucasz pieniądze i nadzieję. Zaczyna być pozycją, którą da się ocenić jak każdą inną w firmie: tyle włożone, tyle wróciło, to się opłaca, tamto nie – przesuwamy budżet. Nie musisz znać każdej metryki. Wystarczy kilka liczb, które mówią Ci, czy to działa. O tym, na co realnie patrzeć i jak liczyć zwrot, piszemy w artykule o mierzeniu efektów marketingu i zwrocie z inwestycji.

Twoja rola w marketingu to nie ręce, które klikają. To głowa, która patrzy na wynik i decyduje, gdzie dołożyć, a skąd zabrać. Reszta to wykonanie – a wykonanie się deleguje.

Ta zmiana ma jeszcze jeden skutek, najprzyjemniejszy: oddajesz sobie wieczory. Zamiast szukać pomysłu na jutrzejszy post o dwudziestej drugiej, raz w miesiącu siadasz nad zestawieniem, zadajesz kilka pytań, podejmujesz parę decyzji – i wracasz do prowadzenia firmy. Tak właśnie wygląda marketing, którym się zarządza, a nie który zarządza Tobą.

Właściciel-wykonawca kontra właściciel-decydent

Aspekt Właściciel robi marketing sam Właściciel zarządza marketingiem
Na co idzie jego czas Posty, grafiki, klikanie w panelu Kierunek, decyzje, czytanie wyników
Ciągłość działań Sinusoida: raz gęsto, raz pusto Stała, niezależna od jego grafiku
Jakość wykonania Amatorska, bez czasu na naukę Specjalistyczna, robiona na co dzień
Kto jest wąskim gardłem Właściciel – wszystko przez niego Nikt – proces działa bez niego
Granica wzrostu Doba właściciela Budżet i strategia, nie czas jednej osoby
Podstawa decyzji Przeczucie, „chyba działa” Liczby: koszt i efekt

Różnica nie polega na tym, że jeden właściciel angażuje się w marketing, a drugi nie. Obaj się angażują – tylko w innym miejscu. Pierwszy wkłada ręce i traci najdroższy czas w firmie. Drugi wkłada głowę i kilka godzin miesięcznie, a resztę zostawia tym, którzy robią to lepiej. Drugi model jest tańszy, mimo że na pierwszy rzut oka wygląda na droższy.

Podsumowanie

Właściciel robiący marketing samemu płaci najwyższą stawkę w firmie za najbardziej delegowalną pracę, robi ją dorywczo i bez specjalizacji, sam staje się wąskim gardłem, a firmę przykuwa do własnej doby. Wyjście nie polega na tym, żeby zniknąć z marketingu – tylko żeby zmienić w nim rolę. Oddaj wykonanie zespołowi lub agencji, zatrzymaj kierunek, decyzje i wiedzę o kliencie, a efekt zacznij mierzyć zamiast wyczuwać. Wtedy marketing rusza także wtedy, gdy Ciebie nie ma, a Ty odzyskujesz czas na to, co naprawdę robisz tylko Ty.

Jako zespół, który na co dzień przejmuje od właścicieli wykonanie i prowadzenie marketingu, w Social Plan zaczynamy zwykle od tego samego: od pokazania, ile realnie kosztuje Cię robienie tego po godzinach i które części da się oddać od razu, żebyś odzyskał wieczory bez utraty kontroli. Jeśli rozpoznajesz w tym artykule swój wieczór, napisz do nas – pokażemy, co zostawić przy sobie, a co przekazać dalej. Zakres tego, czym się zajmujemy, znajdziesz w naszych usługach.

Najczęściej zadawane pytania

Czy właściciel firmy powinien w ogóle zajmować się marketingiem?
Tak, ale na innym poziomie niż wykonanie. Właściciel powinien trzymać kierunek, decyzje budżetowe i wiedzę o kliencie – tego nikt za niego nie zrobi. Oddawać natomiast powinien pisanie postów, robienie grafik, ustawianie reklam i bieżące prowadzenie. To najbardziej powtarzalna część, którą specjalista wykona szybciej, lepiej i taniej niż najdroższa głowa w firmie.

Dlaczego robienie marketingu samemu jest kosztownym błędem, skoro nic za to nie płacę?
Bo koszt jest ukryty. Płacisz własnym czasem – najdroższym w firmie – który mógłby iść na domykanie transakcji i rozwój. Płacisz przepalonym budżetem reklam ustawianych po amatorsku i utraconymi zapytaniami z działań robionych dorywczo. Ten ukryty koszt często bywa wyższy niż pensja specjalisty albo współpraca z zespołem zewnętrznym.

Jak oddać marketing, nie tracąc nad nim kontroli?
Oddzielając wykonanie od decyzji. Wykonanie – posty, reklamy, analitykę – bierze pracownik, agencja albo model mieszany. Przy Tobie zostają kierunek, akceptacja budżetu i strategii oraz regularny wgląd w wyniki. Kontrola nie polega na klikaniu w panelu, tylko na tym, że wiesz, ile firma wydaje, co z tego ma i co poprawić. Decyzje dalej należą do Ciebie.

Czy lepszy jest marketingowiec na etacie, czy agencja?
To zależy od skali. Etat ma sens, gdy marketing to pełnoetatowa praca i stać Cię na pensję plus narzędzia, ale jedna osoba rzadko jest dobra we wszystkim. Zespół zewnętrzny daje różne kompetencje naraz bez budowania działu i bez ryzyka, że choroba jednej osoby wszystko zatrzyma. Częstym, zdrowym rozwiązaniem jest model mieszany – ktoś u Ciebie pilnuje bieżączki, strategię i reklamy bierze zespół z zewnątrz.

Co powinienem mierzyć, jeśli przestanę robić marketing sam?
Przede wszystkim efekt, a nie liczbę działań. Wystarczy kilka liczb: ile zapytań przyszło z marketingu w danym miesiącu, ile kosztowało jedno zapytanie i czy to się opłaca w stosunku do wartości klienta. Wtedy marketing przestaje być workiem bez dna, a staje się pozycją, którą oceniasz jak każdą inną w firmie – i przesuwasz budżet tam, gdzie zwraca się najlepiej.