Więcej reklam nie znaczy więcej klientów

Gdy klientów jest za mało, pierwsza myśl jest niemal odruchowa: trzeba dać więcej reklamy. Podwajasz budżet, włączasz kolejny kanał, dorzucasz nowe kampanie. Mija miesiąc, dwa, a sprzedaż stoi w miejscu albo rośnie tak nieznacznie, że nie wiadomo, czy to zasługa reklamy, czy sezonu. Wydajesz dwa razy więcej, a klientów nie ma dwa razy więcej. Coś tu nie gra.

To jeden z najczęstszych wzorców, jakie spotykamy u właścicieli firm: więcej reklam mniej efektów. Reklama nie jest tu winowajcą – ona robi dokładnie to, do czego służy: przyprowadza ludzi. Problem zaczyna się dalej, w miejscach, których z fotela właściciela zwykle nie widać. W tym artykule pokażemy, gdzie reklama trafia w ścianę, dlaczego samo zwiększanie budżetu przestaje działać w pewnym momencie i jak rozpoznać, czy Twoja firma potrzebuje większego budżetu, czy raczej lepszego procesu sprzedaży.

Spis treści

Reklama to paliwo, nie silnik

Najprościej to zobrazować tak: reklama jest paliwem, a nie silnikiem. Wlewasz paliwo, żeby maszyna jechała szybciej – ale jeśli silnik jest rozregulowany, więcej paliwa nie zrobi z niego nowego samochodu. Co najwyżej szybciej spalisz to, co wlałeś. Reklama działa identycznie: wzmacnia to, co firma już potrafi. Jeśli firma potrafi zamieniać zapytania w klientów, reklama tę zdolność powiększa. Jeśli nie potrafi, reklama powiększa skalę problemu.

Dlatego pytanie „czy zwiększyć budżet reklamowy” prawie nigdy nie jest dobrym pierwszym pytaniem. Lepsze brzmi: co dzieje się ze stoma osobami, które klikną reklamę? Ile z nich trafia na stronę i ją rozumie, ile zostawia kontakt, ile dostaje szybką odpowiedź, ile dostaje ofertę, która do nich pasuje, ilu na końcu kupuje. Każdy z tych etapów to potencjalna ściana, w którą rozpędzona reklama uderza. Im więcej ścian, tym mocniej obowiązuje zasada: więcej reklam, mniej efektów na każdą wydaną złotówkę.

Reklama nie tworzy sprzedaży. Ona ją powiększa – razem ze wszystkim, co w drodze do sprzedaży jest zepsute.

Ściana pierwsza: strona, która nie sprzedaje

To najczęstsza ściana ze wszystkich. Reklama jest dobra, ludzie klikają, ruch rośnie – a kontaktów jak nie było, tak nie ma. Powód jest prosty: strona, na którą trafia ten ruch, nie zamienia odwiedzin w zapytanie. Człowiek wchodzi, nie znajduje w trzy sekundy odpowiedzi, czy trafił dobrze, i wychodzi. Dla niego to kliknięcie i wyjście. Dla Ciebie to opłacone kliknięcie, które nic nie przyniosło.

Zgłasza się do nas właściciel z pretensją, że „reklamy nie działają”. Sprawdzamy konto – reklamy dowożą setki wejść. Sprawdzamy stronę – i okazuje się, że na telefonie ładuje się sześć sekund, numeru telefonu trzeba szukać, a co firma właściwie robi, dowiadujesz się dopiero po przescrollowaniu połowy ekranu. Reklama działała bez zarzutu. Ściana była dalej. Tu zwykle największy zysk leży nie w większym budżecie, tylko w naprawie strony – bo każda poprawa współczynnika, z jakim odwiedziny zamieniają się w kontakt, mnoży się przez cały ruch, jaki już kupujesz. Ten obszar rozwijamy w tekście o optymalizacji współczynnika konwersji.

Ściana druga: oferta, która nie przekonuje

Załóżmy, że strona jest w porządku, a zapytania spływają. Reklama swoje zrobiła. Ale jeśli to, co proponujesz, niczym się nie wyróżnia – ta sama usługa, ta sama cena, te same słowa co u trzech konkurentów obok – to klient pyta i nie kupuje. Reklama może przyprowadzić tłum pod drzwi, lecz nie sprawi, że oferta w środku stanie się atrakcyjniejsza, niż jest naprawdę.

To bywa trudne do przyjęcia, bo dotyka samej firmy, nie kampanii. Łatwiej uwierzyć, że problemem jest mała reklama, niż że oferta nie daje powodu, żeby wybrać akurat Ciebie. Tymczasem przy słabej ofercie zwiększanie budżetu oznacza tylko jedno: płacisz za to, żeby więcej osób usłyszało propozycję, która ich nie przekonuje. Najpierw doprecyzuj, dla kogo dokładnie jesteś najlepszym wyborem i dlaczego – dopiero potem nalej paliwa.

Ściana trzecia: zapytania, które giną w firmie

Ta ściana boli najbardziej, bo płacisz przy niej podwójnie: raz za pozyskanie zapytania, drugi raz tym, że ono przepada już w Twojej firmie. Reklama dowiozła kontakt, a potem dzieje się rzecz prozaiczna. Klient dzwoni po piętnastej, nikt nie odbiera i nikt nie oddzwania. Mail z zapytaniem trafia na skrzynkę, na którą ktoś zerka raz dziennie. Oferta wychodzi po trzech dniach, gdy klient kupił już gdzie indziej.

Widzimy to częściej, niż myślisz. Firma jest przekonana, że potrzebuje więcej reklamy, a po sprawdzeniu okazuje się, że reklama już teraz dostarcza więcej zapytań, niż firma jest w stanie obsłużyć na czas. Dosypywanie budżetu w takiej sytuacji to dolewanie wody do wiadra, które przecieka – więcej zapytań, większy procent zmarnowanych. I to akurat najtańsza ściana do rozbicia, bo nie kosztuje ani złotówki więcej na reklamę. Wymaga tylko jasnej odpowiedzi na pytanie: kto, jak szybko i w jaki sposób zajmuje się każdym zapytaniem.

Zanim dorzucisz budżet na nowe zapytania, sprawdź, co dzieje się z tymi, które już masz. Bardzo często to one są ukrytą rezerwą wzrostu.

Ściana czwarta: zły produkt do tego rynku

Czasem reklama nie działa, bo próbuje sprzedać coś, czego ten rynek w tym miejscu i w tej cenie po prostu nie chce. To najtrudniejsza ściana, bo nie da się jej zamalować lepszą kampanią. Jeśli produkt jest za drogi dla odbiorców, do których docierasz, albo rozwiązuje problem, którego oni nie czują, to reklama tylko szybciej i wyraźniej tę prawdę pokaże.

W praktyce to bywa cenna informacja, nie porażka. Reklama, której nikt nie kupuje mimo dobrej strony i sprawnej obsługi, mówi coś ważnego o dopasowaniu oferty do rynku. Może trzeba zmienić grupę, do której mówisz, może przepakować produkt, może wejść w inny segment cenowy. To decyzje biznesowe, nie marketingowe – i żaden budżet reklamowy ich nie zastąpi. Reklama jest tu dobrym czujnikiem, ale złym lekarstwem.

Ściana piąta: nasycenie odbiorców

Ostatnia ściana pojawia się, gdy reklama jakiś czas działała dobrze – i nagle przestaje. Powód bywa banalny: dotarłeś już do większości osób, które w danym momencie były gotowe kupić. Twoja grupa odbiorców nie jest nieskończona. W mniejszym mieście, w wąskiej niszy albo w branży o długim cyklu decyzji pula realnie zainteresowanych klientów wyczerpuje się szybciej, niż się wydaje.

Kiedy to się dzieje, dosypanie budżetu oznacza, że tym samym ludziom pokazujesz tę samą reklamę kolejny i kolejny raz. Koszt dotarcia rośnie, a efekt spada, bo bombardujesz osoby, które już Cię widziały i jeszcze nie kupiły. Rozwiązaniem nie jest tu większy budżet, tylko nowe podejście: inna grupa, nowy przekaz, inny etap decyzji klienta albo budowanie zainteresowania u tych, którzy kupią dopiero za kilka miesięcy. O tym, jak prowadzić klienta od pierwszego zetknięcia do zakupu, piszemy przy okazji budowania lejka marketingowego.

Prawo malejących przychodów przy skalowaniu

Jest też powód czysto matematyczny, dla którego druga połowa budżetu zwykle pracuje gorzej niż pierwsza. W marketingu działa to, co ekonomiści nazywają prawem malejących przychodów: każda kolejna dołożona złotówka przynosi nieco mniej niż poprzednia. Na początku reklama łapie najłatwiejszych, najbardziej gotowych klientów. Im więcej dokładasz, tym głębiej musisz sięgać po osoby mniej zdecydowane i droższe w pozyskaniu.

Zobaczmy to na liczbach (wartości przykładowe, uśrednione rynkowo, na potrzeby zobrazowania – podstaw swoje liczby).

Budżet miesięczny Pozyskani klienci Koszt jednego klienta
5 000 zł 20 250 zł
10 000 zł 34 294 zł
15 000 zł 43 349 zł
20 000 zł 48 417 zł

Budżet wzrósł czterokrotnie, a liczba klientów niespełna dwóch i pół raza. Koszt pozyskania jednego klienta po drodze niemal się podwoił. To nie znaczy, że skalowanie jest złe – znaczy, że ma swoją granicę opłacalności, a po jej przekroczeniu każda dorzucona złotówka kupuje coraz mniej. Dlatego w pewnym momencie taniej i mądrzej jest poprawić maszynę, która zamienia kliknięcia w klientów, niż dolewać paliwa do maszyny działającej z połowiczną sprawnością. Sytuację, gdy ruch jest, a sprzedaży brak, rozkładamy też na czynniki w tekście o tym, dlaczego Google Ads nie sprzedaje.

Kiedy reklama naprawdę pomoże

Żeby nie było nieporozumień: są sytuacje, w których zwiększenie budżetu jest dokładnie właściwym ruchem. Reklama pomoże, gdy maszyna pod spodem jest już sprawna – i wtedy dolewanie paliwa daje przewidywalny wzrost, a nie zgadywanie.

  • Wiesz, ile kosztuje Cię klient i ile ten klient jest wart – i ta matematyka się spina.
  • Strona zamienia ruch w zapytania w rozsądnym stopniu, a nie wypuszcza go bokiem.
  • Zapytania są obsługiwane szybko i żadne nie ginie po drodze.
  • Oferta wygrywa wystarczająco często w starciu z konkurencją.
  • Jest jeszcze do kogo dotrzeć – grupa odbiorców nie jest nasycona.

Jeśli odhaczasz te punkty, a kampania jest już zoptymalizowana, to większy budżet faktycznie przyniesie więcej klientów – w granicach prawa malejących przychodów. To moment, w którym reklama jest najlepszą inwestycją, jaką możesz zrobić. Cała sztuka polega na tym, żeby trafić w ten moment, a nie wlewać paliwo do rozregulowanego silnika.

Co naprawić, zanim dołożysz pieniędzy

Zamiast pytać „ile dorzucić do budżetu”, przejdź najpierw przez prostą kolejność. Każdy z tych kroków zwykle zwraca się szybciej niż samo zwiększenie wydatków, bo poprawia wynik z całego ruchu, który już kupujesz – nie tylko z nowego.

  1. Sprawdź stronę docelową – czy ruch z reklam ma się gdzie zamienić w kontakt, i jak szybko ładuje się na telefonie.
  2. Domknij proces po zapytaniu – kto odbiera, jak szybko oddzwania, w jakim czasie wychodzi oferta.
  3. Przejrzyj ofertę – czy daje konkretny powód, żeby wybrać Ciebie, a nie konkurenta obok.
  4. Zobacz, czy nie ma nasycenia – czy reklama nie kręci się w kółko wokół tych samych ludzi.
  5. Policz opłacalność skalowania – przy jakim koszcie klienta jeszcze zarabiasz, a od którego dopłacasz.

Policzmy poglądowo, dlaczego ta kolejność się opłaca (wartości przykładowe, uśrednione rynkowo, na potrzeby zobrazowania – podstaw swoje liczby). Załóżmy, że reklama przyprowadza 200 odwiedzin miesięcznie, a strona zamienia w kontakt 2 procent z nich – to 4 zapytania. Jeśli poprawa strony i oferty podniesie ten współczynnik do 4 procent, masz 8 zapytań z tego samego ruchu, za który już płacisz. Podwoiłeś liczbę zapytań bez dorzucania złotówki do reklamy. Żeby ten sam efekt osiągnąć samym budżetem, musiałbyś podwoić wydatki – i to przy gorszym koszcie klienta, bo prawo malejących przychodów już działa przeciwko Tobie.

Najtańszy wzrost w większości firm nie leży w większym budżecie, tylko w naprawie tego, co dzieje się po kliknięciu reklamy.

Podsumowanie

Więcej reklam nie znaczy automatycznie więcej klientów, bo reklama tylko powiększa to, co firma już potrafi. Jeśli po drodze stoi ściana – strona, która nie sprzedaje, oferta, która nie przekonuje, zapytania ginące w firmie, produkt niedopasowany do rynku albo nasyceni odbiorcy – to większy budżet powiększa głównie ten problem. Do tego dochodzi prawo malejących przychodów, przez które każda kolejna złotówka kupuje coraz mniej. Czasem firma potrzebuje nie większego budżetu, tylko lepszego procesu sprzedaży – i właśnie sprawdzenie, co jest czym, jest najtańszym ruchem, jaki masz pod ręką.

Jako zespół, który na co dzień prowadzi kampanie i ogląda konta klientów od środka, w Social Plan zaczynamy od ustalenia, gdzie reklama trafia w ścianę, a nie od zwiększania wydatków. Jeśli dokładasz do budżetu, a klientów nie przybywa, napisz do nas – w ramach audytu strat pokażemy, w którym miejscu Twoja firma traci klientów i pieniądze, zanim wydasz kolejną złotówkę. Pełny zakres tego, czym się zajmujemy, znajdziesz w naszych usługach, a powiązany temat rozwijamy w artykule o sygnałach, że przepalasz budżet marketingowy.

Najczęściej zadawane pytania

Dlaczego zwiększenie budżetu reklamowego nie przynosi więcej klientów?
Bo reklama tylko powiększa to, co firma już potrafi. Jeśli ruch trafia na stronę, która nie zamienia odwiedzin w kontakt, na ofertę, która nie przekonuje, albo na proces, w którym zapytania giną, to większy budżet powiększa głównie ten problem. Dochodzi też prawo malejących przychodów – każda kolejna dołożona złotówka kupuje nieco mniej klientów niż poprzednia. Dlatego sam większy budżet często daje mniej efektów, a nie więcej.

Skąd mam wiedzieć, czy potrzebuję większego budżetu, czy lepszego procesu sprzedaży?
Sprawdź, co dzieje się ze stoma osobami, które kliknęły reklamę. Ile trafia na stronę i ją rozumie, ile zostawia kontakt, jak szybko dostają odpowiedź, ile dostaje pasującą ofertę, ilu kupuje. Jeśli na którymś z tych etapów tracisz dużo ludzi, najpierw napraw proces. Jeśli każdy etap działa dobrze, a klientów wciąż chcesz więcej, wtedy ma sens zwiększanie budżetu.

Co to jest prawo malejących przychodów w reklamie?
To zasada, zgodnie z którą każda kolejna dołożona do budżetu złotówka przynosi nieco mniej niż poprzednia. Na początku reklama łapie najłatwiejszych, najbardziej gotowych klientów. Im większy budżet, tym głębiej trzeba sięgać po osoby mniej zdecydowane i droższe w pozyskaniu. Dlatego koszt pozyskania klienta rośnie wraz ze skalą, a skalowanie ma swoją granicę opłacalności.

Kiedy zwiększenie budżetu na reklamę faktycznie ma sens?
Wtedy, gdy maszyna pod spodem jest sprawna: wiesz, ile kosztuje Cię klient i ile jest wart, strona zamienia ruch w zapytania, zapytania są obsługiwane szybko, oferta wygrywa z konkurencją, a grupa odbiorców nie jest nasycona. Jeśli te warunki są spełnione, a kampania jest zoptymalizowana, większy budżet przynosi przewidywalny wzrost liczby klientów.

Reklamy przynoszą ruch, ale nie ma z nich klientów – co sprawdzić najpierw?
Najpierw stronę docelową: czy ładuje się szybko na telefonie, czy od razu widać, co oferujesz i komu, czy łatwo zostawić kontakt. Potem proces po zapytaniu: kto i jak szybko odpowiada. Następnie ofertę: czy daje powód, żeby wybrać akurat Ciebie. Bardzo często problemem nie jest reklama, tylko jedna z tych ścian za nią – i jej naprawa daje większy skok niż dorzucanie budżetu.